Vade-Mecum II

Vade-mecum Poems XXVIII – LVII

Table of Contents

    XXVIII. SATURNALIA

    Na Filozofię Moralność się gniewa,

    A na Moralność Filozofia – niemniej,

    Swarliwa – ognie i dymy wyziewa:

    Te – coraz jaśniej, owe coraz ciemniej.

    „Ja? (Filozofia mówi) jestem która

    Bez Moralności-praktyk się obchodzę.”

    „Jak ja?… bez ciebie!…” — jej odwrzaśnie wtóra.

    „Milczcie! — zawoła ktoś — kijem was zgodzę,

    Przeto iż wczora syn mi się narodził;

    Gdyby więc swar ów potrwać miał tak długo,

    Jak długo syn mój do szkoły chodził,

    To – minąłby się i z jedną, i z drugą!”.

    Tu – Mąż (nazwany mężem poświęcenia)

    Zrobił uwagę, że postęp przed wszystkiem,

    Że więc nie ma co szczędzić pokolenia

    Lub, w braku zasad, wyprawić je z świstkiem!!


    XXIX. OBOJĘTNOŚĆ

    1.

    Jeśliś zdradzony w życiu kilka razy,

    Och! jakiż to wielki ból…

    Współczuję skargę twą ponad wyrazy:

    Łez moich tyś Pan! tyś król!

    2.

    Lecz skoro w roku zdradzili cię ludzie

    Trzysta-sześćdziesiąty-raz?..

    Serca mi nie stać i byłbym w obłudzie,

    Nie będąc głuchym, jak głaz.

    3.

    Im mniej kto zdradzan, tym srożej zdradzony!-

    Lecz kto nie doznał, jak zdrad,

    Męczeńskich nie dość mu palm i korony,

    Nad które – cóż? dawa świat…


    XXX. FATUM

    I.

    Jak dziki zwierz przyszło Nieszczęście do człowieka

    I zatopiło weń fatalne oczy…

    -Czeka–

    Czy, człowiek, zboczy?

    II.

    Lecz on odejrzał mu, jak gdy artysta

    Mierzy swojego kształt modelu;

    I spostrzegło, że on patrzy – co? skorzysta

    Na swym nieprzyjacielu:

    I zachwiało się całą postaci wagą

    –I nie ma go!


    XXXI. „RUSZAJ Z BOGIEM”

    1.

    Przyszedł ktoś kiedyś i stanął pod progiem,

    Mówiąc: „Bez chleba dziś jestem!…”

    Lecz odrzeczono mu słowem i gestem:

    „Ruszajże z Bogiem!…”

    2.

    Więc dalej ruszył po takiej nauce,

    Westchnąwszy w sobie:

    „Zaprawdę, nie wiem, co teraz już zrobię,

    Tu zaś – nie wrócę…”

    3.

    I lata przeszły, chleb znowu był tanim:

    Raz księdza w drodze spotyka,

    Który – szedł z Bogiem do paralityka;

    Rusza on za nim.

    4.

    Idzie – a drogę wskazują im wprawni

    Ludzie (bo duża parafia),

    Aż oto patrzy, że w miejsce utrafia,

    Gdzie żebrał dawniéj…

    5.

    Więc nie wszedł w dom ów, tylko kląkł na progu,

    Wołając: „Wszechmocny Panie!

    Zmiłuj się nad nim, może nie był w stanie:

    Któż równy Bogu?…”

    6.

    Nie powiem dalej, bo może przelęknę –

    To nadmienię tylko jeszcze,

    Że – nie zmyślili sobie tego wieszcze,

    Bo – zbyt jest piękne!


    XXXII. WIERNY-PORTRET

    Malarz, skończywszy Tassa wizerunek,

    Owinionego w aksamitnej szubie,

    Pyta – co? w dziele oceniam i lubię.

    „Lubię – spłacony rzetelnie rachunek,

    I delikatność Abrahama sławię,

    Że nie tknął szuby, gdy ją miał w zastawie…”


    XXXIV. VANITAS

    Francuzom Minister-oświecenia,

    Że są najmędrsi, co rok głosi;

    Anglik nie mniej sam się ocenia,

    Choć Włoch porównania nie znosi!

    Żydzi, jako wśród sosen cedry,

    Celnymi są – ale Niemcowi

    Wykłada to doktor z katedry,

    Co zwietrzył i Moskal, nim się dowié!

    Grek ma więcej świetnych w dziejach kart

    Niż łez w mogile-

    U Polaka tyle Węgrów wart,

    Tyle!… co – Termopile…

    Temu gwoli Chińczyk się być mniema

    Za utwierdzonego w środku globu:

    I sposobu wyraźnie na to nie ma,

    I wyraźnie niema już sposobu

    Rozeznać, co? prawdą, co? zwyczajem-

    Pókąd zdania nie będą nieco szczersze;

    I przestaną pomiatać się nawzajem

    Wszystkie ludy – nad wszystkie… pierwsze!


    XXXV. IRONIA

    1.

    Żeby to można arcydzieło

    Dłutem wyprowadzić z grubych brył –

    I żeby dłuto nie zgrzytnęło,

    Ni młot je ustawnie bił a bił!…

    2.

    Żeby to tchem samym harmonii

    Można było kręcić wozów oś,

    I bez s-krzypnięcia wstecz ironii

    Żeby się udało zrobić coś…

    3.

    Och! jakże spałby sobie człowiek,

    Wyższy nad skargi ustawiczne,

    Lecz cóż? – gdy jeszcze i u powiek

    Roz-siędą się sny ironiczne!!…

    4.

    Uczucie zwiedza bez ironii

    Szlaki bite cudzym cierpieniem,

    Lecz kto był pierwej tam, wie o niéj,

    Że jest – koniecznym bytu cieniem.

    5.

    Ty myślisz może, że wiek złoty

    Bez walk, sam przyjdzie do ludzkości-

    A gdzież?… powiodą pierw te cnoty,

    Od których cofa strach śmieszności!…


    XXXVI. POWIEŚĆ

    I

    Opiszę najprzód mego bohatera,

    Jak wchodzi do szkół i chłostę pobiera:

    Z zadowoleniem wielkim czytelników,

    Przeczuwających powieść-narodową,

    Pełną cybuchów, facecyj i krzyków.

    (Nie dokończoną wciąż, więc zawsze nową!)

    II

    Gdzieniegdzie farsę dwuznaczną, francuską,

    Przebiorę w kontusz; indziej – przypowiastkę

    Gburną osłonię wełnianą krakuską:

    Rozegżę starców i spłonę niewiastkę -—

    Tymczasem heros wnijdzie w armję ruską

    I już dobiegnie rangi oficera…

    (Gdy młodszy jego brat – chłostę pobiera!…)

    III

    Tu – zrobię małe, lecz rzewne zboczenie,

    Wracając na wieś mego bohatera;

    Opiszę kuchnię – sosy i korzenie –

    I jak się złoty hydromel podbiera –

    Pannę ośpiewam, gdy swe łzy ociera,

    Potem znów ucztę i znów rozrzewnienie!

    IV

    Końca takowej nie dam odysei,

    Przeprowadzonej krwią przez pokolenia;

    Wiersz każdy z wierszem, jak krańce alei,

    W perspektywiczne z-wieją się odcienia,

    Lipowym z góry osypując kwiatem

    Przechadzające tam i sam istnienia —

    Cichość… gdzieniegdzie śmiech – lub groźba batem.

    V

    I – jako w Danta piekle narodowym

    (Więcej toskańskim niż stara Florencja!),

    Tak w mojej pieśni, zamiotem wirowym,

    Zbierze się cała poezji esencja —

    Czytelnik kichnie?… niechaj będzie zdrowym!

    (Z tego jest respekt starszych i atencja…)

    VI

    Lecz! — pod stopami drżą mi sarkofagi,

    Wzdryga się niebo i piorun rozlega —

    Że – pióro więcej miałoby powagi,

    Bielejąc martwo gdzieś u stawu brzega!

    Tam — podjąłby je dziki chłopiec nagi,

    Nie – ukształcony literat… kolega!…


    XXXVII. SYBERIE

    1.

    Pod-biegunowi! na dziejów-odłogu,

    Gdzie całe dnie

    Niebo się zdaje przypominać Bogu:

    „Zimno i mnie!…”

    2.

    Wrócicież kiedy? – i którzy? i jacy? –

    Z śmiertelnych prób,

    W drugą Syberię: pieniędzy i pracy,

    Gdzie wolnym – grób!

    3.

    Lub pierw, czy? obie takowe Syberie,

    Niewoli dwóch,

    Odepchnie nogą, jak stare liberie,

    Wielki-Pan… Duch!


    XXXVIII. ZAWODY

    1.

    Bydło zjada kwiatów pąk młody,

    Nie myśląc o owocu stracie;

    Uskarżacie się na zawody:

    Na bydło się nie uskarżacie!…

    2.

    Zawodów treść w naturze leży:

    Serce dotrzymać lubi więcej,

    Więcej zawsze, niż się należy –

    Niźli przyrzekło najgoręcej!

    3.

    Uszanujcież ten kwiat sercowy,

    Tę szlachetność, co chce być zbytkiem;

    Lub obietnic przyjmcie połowy –

    A zawód sam – będzie nabytkiem!

    4.

    Tego ja nie zwę ogrodnikiem,

    Co w pośpiechu otrząsnął kwiaty,

    By z jesienią stał się nędznikiem

    I klął ogród, że niebogaty.

    5.

    Tego – zowię ja rozpustnikiem,

    Choćby w progu ubogiej chaty

    Nie podzielał się ucztą z nikim:

    -Bo i jabłoń – Cnót ma swe kwiaty!


    XXXIX. CENTAURY

    Dla cnót, dla zasług, dla czynów powszednich

    Niebo ma nagród mnóstwo odpowiednich,

    A innym każda dyjademem świeci;

    Nawet i cacka różne są dla dzieci!

    -Lecz pokolenia na wyspach zdziczałe,

    Gdzie umysł twardym skamieniał odłogiem,

    Wszystko, co nie jest, jak poziom ich, małe,

    Umieją tylko zwać Panem! zwać Bogiem!

    Różnic tam nie ma… zaś ludzi się ceni,

    Czy doścignieni?? albo: prześcignieni??


    XL. CENZOR-KRYTYK

    1.

    Noszą pióra na głowach dzicy-

    Takie też jest i twoje pióro,

    Skoro nie wiesz nawet różnicy

    Między Krytyką a Cenzurą.

    2.

    Drugiej niwa, czy złą, czy żyzną-

    Nigdy własną!… lecz pierwszej siły

    Są jej własne, są jej spuścizną

    Po tych, co dzieła ich przeżyły!

    3.

    Skądże zaś? moc twoja się wzięła,

    Rajco! efemerycznych sporów:

    Autorów – sądzą ich dzieła,

    Nie – autorzy autorów!

    4.

    Bo i różnica by zginęła,

    Co? gościnny druh, a co? szynkarz:

    Pamfletami byłyby dzieła,

    Krytykiem?… byłby pojedynkarz!


    XLI. KRÓLESTWO

    1.

    Na probierczy kamień dość przeszłości;

    Było jej dość, by sprawdzić, co? boli-

    Więc nie słuchaj, co dziś o wolności

    Mówią — co dziś mówią o niewoli.

    2.

    Kto czyniłby to przez całe życie,

    Co sam tylko dla siebie uchwalał,

    Nie dopiąłby on nic należycie,

    Lecz gryzłby się, jak Neron, i szalał.

    3.

    Kto zaś nigdy nic po woli własnéj

    Nie spełniłby – nic o własnym skrzydle:

    W widnokrążek coraz więcej ciasny

    Zakląłby się i spętał, jak bydlę!

    4.

    Lecz ten z wszystkich nieudolny lekarz,

    Kto, nie wiedząc, z chorób leczyć którą?

    Pomiesza dwie — nie mędrzec – aptekarz!

    — Prawda? – nie jest przeciwieństw miksturą…

    5.

    Orzeł? – nie jest pól-żółwiem, pół-gromem.

    Słońce? – nie jest pół-dniem, a pół-nocą.

    Spokój? – nie jest pół-trumną, pół-domem.

    Łzy? – nie deszcz są, choć, jak deszcz wilgocą.

    6.

    Nie niewola ni wolność są w stanie

    Uszczęśliwić cię… nie! – tyś osobą:

    Udziałem twym – więcej!… panowanie

    Nad wszystkim na świecie, i nad sobą.


    XLII. IDEE I PRAWDA

    I.

    Na wysokościach myślenia jest sfera,

    Skąd widok stromy —

    Mąci się w głowie i na zawrót zbiera;

    W chmurach — na gromy.

    — Płakałbyś może, lecz łzę wiatr ociera

    Pierw, nim błysnęła-

    Po cóż się wdzierać, gdzie światy są zera,

    Pył — arcydzieła?!…

    II.

    Zły anioł jednak uniósł Ecce-Homo

    Na opok szczyty,

    Gdzie, stojąc jeden i patrzając stromo,

    Człek – gardzi byty.

    — Jakoby wyrwał się z jawu, kryjomo,

    Skrzydły nikłemi,

    I mierzyć chciał się, sam z swoją widomą

    Wagą na ziemi.

    III.

    I ściągałby go magnetyzm globowy

    W sfery dotkliwe,

    Gdzie nie doświadcza nic zawrotów głowy-

    Nic!… co – szczęśliwe.

    -Aż wielki smętek lub kamień grobowy

    Z tych sfer, bezpiecznych,

    Wypchnie znów na szczyt myślenia budowy,

    W obłęd dróg mlecznych.

    IV.

    Bo w górze – grób jest Ideom człowieka,

    W dole — grób ciału;

    I nieraz szczytne wczorajszego wieka

    Dziś – tyczy kału…

    Prawda się razem dochodzi i czeka!


    XLIII. PURYTANIZM

    (Z LISTU DO M.S)

    Na purytanizm, jak na rzecz obrzydłą,

    Czemu? się gniewam, (pytasz). Primo: wcale

    Że się nie gniewam na najczystsze mydło,

    Którego pianę, to jest: wartość, chwalę-

    Pozwól mi tylko gęsim skreślić piórem

    (Które pluskało się przez żywot cały),

    Że mydło – nie jest rzeziebnym marmurem;

    Dobre na bańki, nie – na ideały!

    Zaś – ideały są wryte jak czyny,

    Cokolwiek o nich trzyma gmin obecny,

    Robiąc swych wielkich mężów z stearyny.

    (Sposób dość tani, ale bardziej nie-cny).

    Słowem — że w mydło wierzę niezachwianie,

    Lecz gdyby kto chciał, abym przez to samo

    Wziął się do pracy: stawić z nim mieszkanie

    Bogów, gościnne tryumfalną bramą,

    Z tak niesłychanie przeczystej materii,

    Jak purytanizm, to… zrobiłbym może

    Nie kościół, ale – utrapienie Boże,

    Alabastrowe jak śniegi w Syberii!

    I – byłbym biały, jak owa dziewica

    Biała, w szelestnej sukni atłasowéj,

    Mająca perły i jaśmin u lica,

    Bez przyganienia od stopy do głowy.

    Lecz – skąd? te perły… dla niej tajemnica

    (Bo jest niewinną, i o tym – ni mowy!),

    Pókąd się perły nie rozpłaczą gradem,

    Pozostawując cierniowy dyjadem.

    Ergo: uważam za istne prawidło

    (W którego kole się zaklętem kręcę),

    Że marmur — marmur, zaś mydło jest mydło,

    Że – robić z mydła, to – umywać ręce!

    Lubo – gdy wspomnę praczki polskie, które

    Ponad stawami coś klepią, jak chmurę,

    Ociężałego wilgocią i mrokiem –

    Aż poprawują fartucha pod bokiem

    I amazonne ręce swoje błocą…

    (Z czego ktoś piękny zrobiłby obrazek,

    Ile że stawy te się słońcem złocą)-

    Dwakroć oceniam MYDŁA-WYNALAZEK!


    XLIV. COŚ

    1.

    Z intencji rodzi się wszelki uczynek-

    Ty! – będąc czynu-człowiekiem –

    Gardzisz intencją? – uwielb pojedynek

    I głoś: żeś na równi z wiekiem!

    2.

    Mniejsza – czy senat pobłądził? czy rynek?

    Bo czyjakolwiek bądź wina,

    Najlepszym sędzią – zawsze pojedynek:

    Garść prochu – butelka wina!

    3.

    Ani kłopoczmy się… cedr? czy barwinek?

    Na grobie urośnie?… po co?…

    Wszelaką trudność kończy pojedynek

    (Zwłaszcza nie w Dziejach i nocą!).

    4.

    W Azji częstokroć lichy Mandarynek,

    Gdy okradł kasę, podpala —

    Pożar się szerzy!… on wpada na rynek —

    Wołają: „Miasto ocala!…”

    5.

    Tak – hałas strzałów, tak – gorzałki kminek,

    Kroków odmierzanie żwawsze

    Czynią – że, końcem końców, pojedynek

    Jest to Coś… i o coś zawsze.


    XLV. CNÓT-OBLICZE

    1.

    Cnoty spotkałem trzy rózne oblicza:

    Jak światło, cień i złudzenie;

    Lecz głosić nie chce, która? z nich zwodnicza

    Strona. -Całość trzech ocenię.

    2.

    Cnotę-tragiczną widziałem, od wieków

    Jako zwyciężała opór:

    Od hardych mieczów – do krzyżowych ćwieków,

    Od więzień – pod sznur i topór.

    3.

    Od łez połkniętych – do pogody czoła,

    Wszech-królującej wielmożnie:

    Jak gdy posąg w-wodzą do kościoła,

    Nie chyla się on ostrożnie,

    4.

    Lecz owszem – w górne świątyni sklepienia

    Poglądać zda się, jak w domu –

    Lub twarde członki no łoże z kamienia

    Idzie wyciągnąć bez sromu…

    5.

    Tragicznej cnoty widziałem to ijście

    W Kościół Tryumfu wysoki,

    A wieńce za nią padały jak liście,

    A drżały przed nią obłoki.

    6.

    Widziałem potem dramatyczną cnotę,

    Pełną-giętkości – jak fala,

    Co łan użyźnia pod pszenice złote,

    Skały przybrzeżne obala…

    7.

    Przez jej zawistnych im samym zakryta,

    Jak w masce nie obmyślonéj,

    Dzieł dokonywa, których hipokryta

    Sam nie dociekłby zasłony!…

    [Końca brak.]


    XLIX. WTEDY TY, MATKO!

    [Brak początku.]

    I

    Wtedy Ty, Matko! przez zrządzenie Boże

    Uprzedzasz wszystkich, drogę znając drugą,

    I stajesz cicho, gdzie drobne jest łoże,

    A świecy jasność okrywszy prawicą,

    Cień-ręki rzucasz, wielki jak komnata,

    Którego palce szyte błyskawicą

    Drżą – i baldakin stąd nad dzieckiem lata…

    Niemowlę śni coś, a gwiazdy się świecą.

    II.

    Kiedy zaś uśnie jakie społeczeństwo

    Organem, który całość uczuć dawa,

    I niewidzialne nastanie męczeństwo

    Tego, co czuwa, lub co raniej wstawa,

    I oziębi się wszelkie pokrewieństwo,

    Choć w okna jasność już zmaży bladawa –

    Sen jeszcze radzi stałe bezpieczeństwo

    I szepta jeszcze, że płonną obawa —

    Choć czujność? – stanie się rzemiosłem stróżów;

    Pieczołowitość? – nadzorców urzędem;

    Pewność? – trwałością niepewnych predmurzów;

    Ciepło ogniska? – gościnności względem…

    I jednak, choć już słonće, na trzy chłopy

    Wstawszy, odeszło w safirowe stropy,

    Sen, niesłychanie podobny do jawu,

    Trwa, sprzeciwiając sie Bożemu prawu-

    Ty! wtedy znowu, drogę znając drugą,

    Nie czekasz, aż się rozmówi gość z sługą,

    Lecz za dom cały czuwasz niewidzialnie!-

    Ty! – społeczeństwa stawszy się za-sługą –

    Kryjesz znów światłość okrutną-realnie!

    III.

    Niechże Ci będzie „Cześć”, jak jest rzeczono:

    Nie tylko kochaj, więc miej dla Rodziców

    Układność wdzięku i mowę pieszczoną,

    Lub przyrodzone uśmiechniecie liców

    (Które do łani ma też sarnię młode,

    Z wymion jej pijąc, jak z dzbanu wodę);

    Owszem – ja słowa nieodmienne stoją:

    „Będziesz czcił Ojca i czcił Matkę twoją!”


    L. BLISCY

    1.

    Tu, gdzie im krótszy czas, tym lepiej skrywa

    Szybkość swą, ważność i miarę,

    A człowiek ledwo rzec może, że bywa

    Zdrowych lat kilka… lub parę —

    2.

    Ludzie? – znikomość tę? – czy mieli siły

    Wziąść za coś więcej niż plagę?…

    Choć krzyż sam, waląc się na grobie, zgniły,

    Razem traci kształt i wagę!

    3.

    Jakby się nieme rzeczy też siliły

    Nieustannymi jękami

    Przedłużać nicość swą i zlepiać pyły

    Łzą – aż i łza się wyplami.

    4.

    Więc gdy na chustki ostatniej już brzegu

    Łzy ślad spełznie swym ostatkiem;

    Więc gdy ostatni z przyjaciół szeregu

    Wspomni Cię już, już przypadkiem —

    5.

    Wtedy — o! wtedy – myśl i życia wątek,

    I ślad dramatyczny bytu

    Twego, w swój wtóry wnikłszy od-początek,

    Zbudzi się Tobą do sytu.

    6.

    Bo teraz wszędzie jeszcze Twoje nie ja

    Obejmać musisz sumieniem;

    I nie Twój jesteś rozum i nadzieja,

    I jesteś Twoim zwątpieniem!

    7.

    Lecz i tu ludzi trzy widziałem sfery,

    Trzy obcowania ich strony:

    Jedni, co znają Cię, jak się litery

    Zna – pókiś ku nim zwrócony…

    8.

    I póki twarzą w twarz przestajesz z niemi,

    Zaś – ani chwilę już potem:

    Tak kły pszeniczne ruszają się z ziemi,

    Wyzieleniając, za grzmotem…

    9.

    Drudzy – mniej żądni oblicza i gestu,

    Mniej osobistej poręki,

    Bo życie całe pamiętni, jak Chrzęstu,

    Tych, których dotknęli ręki.

    10.

    I trzeci wreszcie — rzadcy niesłychanie,

    Co, choćbyś umarł od wieku,

    Weszli w poufne z Tobą obcowanie,

    Jak – siedzący człek przy człeku.

    11.

    –A którzy znikną z Elektrą Twej siły

    Lub znajdą się w życia składni,

    A których czekać u swojej mogiły

    Będziesz? —

    -ja nie chcę… sam zgadnij…


    LI. MORALNOŚCI

    I.

    Kochający – koniecznie bywa artystą,

    Choćby nago jak Herkules stał;

    I moralność nie tylko jest osobistą:

    Jest i wtóra – moralność-zbiorowych-ciał.

    II.

    Dwie było tablic – dwie! – prawowitego cudu:

    Jedna – władnie do dziś wszech-sumieniem,

    Druga – całym pękła kamieniem

    O twardość ludu.

    III.

    Z pierwszej? – mamy zarys i siłę mamy

    Od niesienia rąk w dzieło zaczęte,

    Ale – drugiej odłamy

    Między Ludów Ludami

    Jak menhiry sterczą rozpierzchnięte!

    IV.

    Wobec pierwszej?… każdy a każdy – rzeszą!

    Lecz – by drugą od-calić,

    Czoła się nam mojżeszą

    I zaczynają się lica blaskiem palić.

    -Wiatr ogromny, jak na Synai szczycie,

    Tętnią echa i gromy z błyskawicami;

    Dłonią czujesz, że tknąłeś życie…

    Podejmując Prawa odłamy.

    V.

    Aż przyjdzie dzień… gdy gniew, co zbił tablice,

    Stanie się zapałem, który tworzy:

    Rozniepodziane złoży

    I pogodne odkryje lice.


    LII. TAJEMNICA

    „Tajemnica!…wielka to tajemnica!…”

    Chór

    „Czego? durzyć szlachcica…”

    Jak umysł chciwy wiedzy wyższej od polemik,

    Przechadzał się, przez cichy laurów bujnych szpaler,

    Słynny pisarz (niejakich orderów kawaler,

    Portretowany, ile zwykł być akademik)

    I dumał: „Skąd? pochodzi, że za dni Augusta,

    Gdy retoryka kwitła tak prozą, jak rymem,

    Gdy więc szukano prawdy tak rymem, jak prozą,

    Nikt nie widział i nie znał niczego za Rzymem:

    Co? Judea głosiła światu złotousta-

    Co? śpiewał Dawid z chwałą lub Jeremiasz z zgrozą-

    Co? Ezechiel… było im nie znane tak bardzo,

    Tak bezbrzmiące dla uszów w swej zatyłych dumie…”

    — Jak gdy się czyje zmysły umyślnie zatwardzą,

    Lub… jak kiedy się kochać Ludzkości nie umie!


    LIII. ZAGADKA

    Z wszelakich kajdan, czy? te są

    Powrozowe, złote, czy stalne?…

    Przesiąkłymi najbardziej krwią i łzą –

    Niewidzialne!…


    LIV. JAK…

    Jak gdy kto ciśnie w oczy człowiekowi

    Garścią fijołków i nic mu nie powié…

    Jak gdy akacją z wolna zakołysze,

    By woń, podobna jutrzennemu ranu,

    Z kwiaty białymi na białe klawisze

    Otworzonego padła fortepianu…

    Jak gdy osobie stojącej na ganku

    Daleki księżyc wpląta się we włosy,

    Na pałającym układając wianku

    Czoło – lub w srebrne ubiera je kłosy…

    Jak z nią rozmowa, gdy nic nie znacząca,

    Bywa podobną do jaskółek lotu,

    Który ma cel swój, acz o wszystko trąca,

    Przyjście letniego prorokując grzmotu,

    Nim błyskawica uprzedziła tętno –

    Tak…

    … lecz nie rzeknę nic – bo mi jest smętno.


    LV. KÓŁKO

    Jak niewielu jest ludzi i jak nie ma prawie

    Pragnących się objawić!… – Przechodzą – przechodzą –

    Odpychają się, tańcząc z sobą lub w zabawie

    Poufnej, kłamią płynnie, serdecznie się zwodzą:

    Ni współcześni, ni bliscy, ani sobie znani,

    Ręce imając, śliniąc się szczelnym uściskiem.

    Głębia pomiędzy nimi wre i oceani,

    A na jej pianach – oni; bliscy czym? …nazwiskiem!

    Świat zaś mówi: „To – swoi, to – kółko domowe,

    To – nasi!” – szczerzej Niebo łączy lazurowe

    Tysiąc ludów, co rżną się przez wieki, bo szczerzej

    Z każdego aby jeden w spólne Niebo wierzy.

    Oni zaś tańczą: łonem zbliżeni do łona,

    Polarnie nieświadomi siebie i osobni;

    Dość, że nad nimi jedna lampa zapalona

    I moda jedna wszystkich wzajemnie podobni.

    „To nasi!” – Mapę-życia gdyby kto z wysoka

    Kreślił jak mapę-globu?… góry i pustynie

    Przeniosłyby się w krótkie jedno mgnienie oka,

    Ocean by zaś przepadł, gdzie łza drobna płynie!


    LVI. CZUŁOŚĆ

    Czułość – bywa jak pełny wojen krzyk,

    I jak szemrzących źródeł prąd,

    I jako wtór pogrzebny…

    I jak plecionka długa z włosów blond,

    Na której wdowiec nosić zwykł

    Zegarek srebrny —


    LVII. NIEBO I ZIEMIA

    „Rzeczywistym bądź! co? ci się wciąż o niebie troi,

    Podczas gdy grób, prądami nieustannemi,

    Kości twoich, prochów twych pożąda!”

    — Och! tak, — Wszelako, gdziekolwiek człowiek stoi,

    O wielekroć więcej niebios ogląda,

    Niżeli ziemi…